Gardensoftaniquetil's portal

Temat: Białe plamy na ubranaich po "antiperspirancie no-marks"

cos mi sie zdaje, ze to nie tak bezposrednio od deo te plamy powstaly. poza tym, dezodorant na skore "rozpylamy" a nie na ciuszki. pomoglby wybielacz, jezeli koszulka bylaby biala. innych cudownych sposobow niestety nie znam. sorry;(
No tak usuwać białe plamy z białej koszulki, to ma sens :P

Źródło: forum.pclab.pl/index.php?showtopic=517185



Temat: Pomoc przy tekście.
Na początku, krótki zarys mojego problemu.
10 czerwca jadę na finał Ogólnopolskiego konkursu recytatorskiego. Zostałam reprezentantką województwa w kategorii "Wywiedzione ze słowa". Jest to forma na granicy recytacji i monodramu. Muszę skrócić swoją prezentację o minimum dwie minuty i marzę, aby zrobić to opuszczając część tekstu. Nie chcę wywalić pozajęzykowych środków, bo to w zasadzie one pozwoliły mi zajść tak wysoko. I tutaj właśnie zaczynają się schodki, bo czytałam to ponad sto razy, grałam około dwudziestu i słowa uparcie tkwią w mojej głowie. Wydaje mi się, że jeśli cokolwiek wytnę, pozbawię całość sensu. Jeśli ktoś mógłby spojrzeć na to świeżym okiem, będę wdzięczna.

Jeśli ktoś miałby pomysł na usunięcie pewnych fragmentów, zastąpienie ich czymś krótszym, jestem otwarta na wszystkie wskazówki.


Zaplecze
Marta Syrwid
(proza współczesna)

Skupiam się na szczegółach. Jestem zbudowana z rzeczy, które mam. Które kupiłam. Z tego, co wytrenowałam. Jeżeli nie będzie tych rzeczy wokół mnie, nie będzie mnie. To rzeczy są moim światem i ja też jestem rzeczą. Najważniejszą. Potrzebuję instrukcji obsługi, rytmu, kolejności używania siebie. Potrzebuję przykazań, spisu grzechów i wiary, że moje reguły prowadzą na powierzchnię idealnie gładkiej kuli, po której można bez przerwy się ślizgać.
W tym układzie jedzenie jest słońcem. Bez niego nie mogłabym żyć, ale nie mogę go dotknąć. Farmacja. Kobiety. Imprezy. Moje ciało. Praca. Lustro. Kłębek. To tylko planety. Wirują każda wokoło własnej osi. Zgodnie obracają się tylko wokół talerza.
Moje reguły, to religia z Księgą Tabel i inkarnacją jedzenia w kalorie.

Wstaję o 8.30. Zamykam drzwi za mamą. Wyrzucam do kibla bułkę, dwa plasterki sera albo trzy łyżki dżemu, jajko albo parówkę. Opowiem później, co zjadłam na śniadanie. Zestaw spłukiwany w kiblu.

Po tygodniu braku śniadań i minimalnych dawek obiadowych. Po tygodniu smaku żelaza w ustach schodzi mi skóra na szyi. Kości biodrowe wystają mocniej. Ale skóra na nich jest sucha i swędzi. Drapię. Schodzi. Szczypie..
– No, maleńka, nie schodź. Nie szczyp, już się lepiej czujesz?
Po dwóch tygodniach łuszczy się też skóra za uszami i pod pachami. Wyskakują mi białe krostki na plecach. Widzisz moje rozjątrzone rany? Proszę, otwórz chociaż raz, dla mnie swoje oczy. Pochuchaj. Wiesz, jak boli dezodorant?

Nie jem obiadów? Dziabię? Odsuwam? Sałatę z rzodkiewką zjadam całą! Tyle kalorii, ile ma pół szklanki soku pomarańczowego…

Kiedy jestem głodna…
– Nie. Uspokój się, przecież już tyle wytrzymałaś. Wyobraź sobie. Zjesz. Zapadniesz się, utopisz w bagnie. I wyrzuty sumienia, chcesz znowu planować samobójstwo, bo zjadałaś ser, zmarnowałaś cały wcześniejszy wysiłek? Jeżeli chcesz żyć, nie jedz. Uspokój się i nie jedz!

Zaczyna być kolorowo. Potrafię wzrokiem zmienić na krótko kolor przedmiotu. Lekko. Z zielonego przechodzi w niebieski, potem dostaje czerwonych plam. Kiedy dotykam talerza, wiem, że mogę w nim wydrążyć mój odcisk. Jak w plastelinie. Widzę też wyraźne ruchy, które wykonam. Wiem, co zrobię za dziesięć minut, wiem, ile będę ważyć za tydzień. Teraz Cię nie słyszę, nie mów do mnie. Zaraz wywołam swędzenie na skórze twojej łydki. Czujesz? Nie wstydź się. Podrap.

Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go z siebie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść. Mogłabym narysować to cyrklem. Żeby przestać myśleć o jedzeniu włączam się, wyłączam, przełączam. Staję przed lustrem, robię miny. Udaję, że płaczę, że się śmieję i że krzyczę. Spłukuję z rąk! Napinam mięśnie, od ud przez brzuch do ścięgien szyi. Jestem wrzaskiem połkniętym przez powietrze. Jestem otoczona przez siebie. Jak wskazówka na wadze między szalkami. Staram się wyzerować. Kiedy wychodzę z łazienki, już nie jestem głodna.

Ale spójrz na mnie! Jestem ciekawsza niż ściana za mną. Wołam cię. Zadaj mi pytanie. Chcę słyszeć, że się mną interesujesz. Nieważne, czy odpowiem. Nie. Nie… Zrób paradę! Opluj mnie manifestacją. Bo wyrzucam jedzenie, bo noszę futra. Bo jem mięso. Bo nie jem mięsa. Bo jem ryż, a biedni Koreańczycy umierają z głodu. No rób, proszę, wymówki. Rzuć we mnie jajkiem. Obraź mnie i rzuć. Dużym soczystym pomidorem. Bo chytrze współpracuję z globalizmem, wyrzucając jedzenie.

A Ty? Co tam masz? Pokaż. Podręcznik lekarza domowego, małe vademecum straszenia. Myślisz, że mnie przestraszy szybka śmierć przez zagłodzenie? Nie boję się. Jeżeli trzydzieści lat życia będzie wartych szybkiej śmierci. Jeżeli będzie wypełnionych planowym dążeniem do ideału. Kto wie? Może jeżeli umrę z głodu, w ostatniej chwili poczuję, że osiągnęłam cel? Byłabym dumna, umierając z głodu.
Źródło: piorem.fora.pl/a/a,1942.html